Relacje z zawodów

Koronawirus

W majówkowy weekend razem z Łukaszem, Sławkiem oraz Michałem K. postanowiliśmy nadrobić biegowe zaległości. Zorganizowaliśmy (całkiem spontanicznie) mały cykl 3 biegów. Oczywiście wszystko odbywało się z zachowaniem wszelkich środków ostrożności!
 
1 maja pokonaliśmy 5 kilometrową trasę doskonale znaną z cyklu Parkrun Las Aniołowski. Jako pierwszy na mecie zameldowałem się z czasem 21’21 (gdyby bieg odbył się pod flagami Parkruna, to ustanowiłbym nowy osobisty rekord trasy). Mimo prowadzenia przez cały dystans, Łukasz dobiega do mety na drugim miejscu z czasem 21’36. Trzeci Sławek uzyskał 25’39 natomiast Michał K 25’55.

2 maja tym samym składem wystartowaliśmy z Olsztyna biegnąc nową ścieżką pieszo-rowerową do stacji ORLEN na Odrzykoniu po czym nawróciliśmy i tym samym odcinkiem wróciliśmy do punktu startowego. Przebiegnięta trasa liczyła 5km a kolejność na mecie prezentuje się następująco:

1. Łukasz 20’13
2. Michał H 21’02
3. Sławek 24’39
4 Michał K 24’54

Dnia 3 maja na zakończenie długiego weekendu wybraliśmy się do Blachowni. Niestety Michał K nie mógł tego dnia wystartować lecz szybko znaleźliśmy chętnego na bieganko. Tego dnia wystartował z nami Zbyszek Paszewski. Pojawiając się równo o 12 w miejscu, gdzie rok w rok odbywa się ognisko organizowane przez Jacka Chudego (serdeczne pozdrowienia Jacku!), zdecydowaliśmy, że z tego miejsca wystartujemy tylko, że… trzeba było wyznaczyć trasę o długości 5km. Przemierzając okoliczny zalesiony teren oraz okrążając Jezioro Blachownia, udało nam się wyznaczyć odcinek o długości 5000m. Teraz mogliśmy spokojnie wystartować, nie martwiąc się, że ktoś z nas pobiegnie inną trasą. Kolejność na mecie prezentuje się następująco:

1. Łukasz z czasem 20’40
2. Michał H z czasem 21’00 (trasa bez atestu, więc nie można zaliczyć tego wyniku jako nowe PB )
3. Sławek z czasem 24’56
4. Zbyszek z czasem 26’00

Każdego dnia warunki atmosferyczne nam sprzyjały tworząc tuż przed startem bardzo dobre okno pogodowe, które znikało tuż po zakończeniu biegu.

Sumując czasy uzyskane podczas wszystkich etapów, uzyskaliśmy:
1. Łukasz 15km czas: 01:02’29
2. Michał H 15km czas: 01:03’23
3. Sławek 15km czas: 01:15’14
4. Michał K 10km czas: 50’49
5. Zbyszek 5km czas: 26’00

Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich Leśnych Ludków, naszych przyjaciół z zaprzyjaźnionych klubów, czytających tą krótką relację i nie tylko! Bywajcie w zdrowiu i obyśmy jak najszybciej spotkali się na linii startu a potem mety!

Bochnia 2020 Łukasz

12 lutego 2020 roku okazał się dniem szczególnym dla Naszego klubu. Losowanie drużyn, które niespełna miesiąc później zjadą  do biegowego piekiełka (a może jednak raju?) 212 metrów pod powierzchnią Bochni w tamtejszej zabytkowej kopalni soli, tym razem było dla LL wyjątkowo szczęśliwe. Los chciał, że powróciliśmy na 12 – godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy po dwóch latach ze zdwojoną siłą, gdyż obie Nasze ekipy zostały wylosowane do startu w tegorocznej edycji biegu. Jak dotąd jeszcze nigdy w historii bocheńskie podziemia nie gościły Leśnych Ludków w takiej liczbie (i jak się później okaże – w takiej sile) jak tego roku.

Nasze obydwie drużyny skorzystały z „Dzikiej Karty”, dzięki czemu w reprezentacji LL znaleźli się zawodnicy – goście. I to nie byle jacy goście. Włodek Rajczyk zaprosił do zespołu „ Leśne Ludki 2” do biegowej współpracy znanego większości z Nas przyjaciela Klubu, ultramaratończyka, a w dodatku Osobowość Roku 2019 Plebiscytu Dziennika Zachodniegow kategorii: działalność społeczna i charytatywna, Darka Gutowskiego, który z niejednego pieca chleb jadał, a na biegowych trasach zdarł już trochę podeszw. Tymczasem „Leśne Ludki 1”, w których to po raz pierwszy miałem przyjemność wystąpić w roli kapitana, zdecydowały o zaproszeniu do ekipy innego biegowego wyjadacza, z którym część z Nas ma okazję startować na sobotnich zawodach z cyklu Park Run w Częstochowie. Mowa tu o Grzegorzu Kruku, który na co dzień jest członkiem grupy biegowej Press Glass. Kilometry wybiegane przez Gregora na zawodach mają podwójne znaczenie, gdyż nie tylko przyczyniają się do wzrostu formy, ale przekładają się na realną pomoc dla potrzebujących w ramach akcji charytatywnej firmy Press Glass – „Biegamy i wspieramy”. Każdy kilometr to 5 zł przekazane na potrzeby np. rehabilitacji i leczenia niepełnosprawnych dzieci. W tym miejscu warto dodać, że Nasz przyjaciel w ostatnich latach jest liderem rankingu Press Glass pod kątem zaliczonych startów i pokonanych kilometrów. Mając takie osobowości w składzie, obie ekipy mogły spokojnie przystąpić do przygotowań do tych kultowych dla Leśnych Ludków zawodów.

Późnym, piątkowym popołudniem 6 marca wyruszyliśmy do Bochni. Podróż przebiegła bez większych przygód (w tym momencie wspominam moją debiutancką wyprawę do kopalni w 2012 roku J…), a około godziny 20:00 nadszedł czas na pożegnanie z życiem na powierzchni. Wrócimy tu za około 40 godzin. Pora zstąpić do podziemi. W windzie jakby jaśniej niż ostatnimi razy, ale 212 metrów pod ziemią witają Nas już znajome widoki, zapachy i dźwięki… wszystko po staremu, ale my mamy nowe cele – rekord Klubu i przekroczenie bariery 150 kilometrów. Piątek, ważny dla aklimatyzacji w tych warunkach, upłynął na integracji. Lubię te chwile kiedy da się już wyczuć pewne pozytywne napięcie związane z sobotnim startem, ale jednocześnie zachowane są jeszcze duże pokłady luzu. Leśne Ludki, poza innymi tematami, wymieniały między sobą uwagi dotyczące taktyki jak i strategii na nadchodzący start. Nazajutrz wszystko miał zweryfikować nieubłagany zegar i chodniki ciasnego korytarza. W ramach Naszego drugiego hobby, tego wieczoru postanowiliśmy z Michałem rozegrać podziemny mecz szachowy - swoją drogą ciekawe, czy ktoś już wcześniej grywał tak głęboko?

Dość wcześnie – jak na tutejsze standardy – położyłem się spać i miałem okazję zapoznać się z niechlubną bohaterką nocy: suszarką do rąk, której dźwięk co jakiś czas przypominał mi, że Bochnia to interwały, zarówno w bieganiu jak i w spaniu…

 

Sobotni poranek upłynął szablonowo: pobudka, poranna higiena, śniadanie. W tym roku, jako kapitan, startowałem na pierwszej zmianie, a co za tym idzie brałem udział w uroczystym powitaniu uczestników i starcie honorowym. Po tych wszystkich formalnościach udaliśmy się do swoich stref startowych. Ja w swojej nie byłem osamotniony, gdyż klubowy kolega Andrzej Mielnik, reprezentujący LL 2, startował z tej samej strefy, ramię w ramię ze mną. Tak więc zaczęło się. Od teraz wszystkie przyziemne sprawy (a właściwie to naziemne J) znalazły się na dalszym planie, liczy się tylko Twoja drużyna, zegar i to, żeby pokonać jak najwięcej kilometrów.

Drużyna LL2 walczyła dzielnie z różnymi przeciwnościami i walkę tą finalnie wygrała, kończąc szczęśliwie zawody z rezultatem 54 okrążeń (15 Darek, 15 Andrzej, 13 Zbyszek, 11 Włodek), co dało 130 515 m i pozwoliło uplasować się na 58. Pozycji. W ekipie LL1 założony plan, czyli minimum 61 kółek i minimum 150 kilometrów wraz z upływem czasu był realizowany nawet z nawiązką, tak więc gdy przyszły pierwsze oznaki kryzysu mieliśmy komfort w postaci nadrobionego czasu. Michał, dla którego te zawody okazały się być niezwykle udanym debiutem, zaskoczył wszystkich i w momencie, w którym spodziewaliśmy się osłabienia, wystrzelił z nieprawdopodobną formą i utrzymał bardzo szybkie tempo przez trzy ostatnie okrążenia, co nie było bez znaczenia dla morale drużyny. Ostatecznie cel został osiągnięty, a przysłowiową kropkę nad „i” postawił Gregor, dając z siebie wszystko na ostatnim okrążeniu. Nabiegaliśmy 62 okrążenia(18 Gregor, 16 ja, 15 Michał, 13 Sławek), czyli łącznie 150 604 m, co dało Nam 26. miejsce – najwyższe w historii Naszych startów, z czego jestem bardzo dumny. 26 był także numer startowy Naszej sztafety co ma tu pewien wymiar symboliczny. 26 to także dwukrotność liczby 13, ale o „magii” trzynastki w kontekście tego jakże udanego startu przeczytacie już w innym tekście…J

Bochnia 2020 Michał

Bochnia 2020 okiem debiutanta

Witam wszystkim cieplutko, serdecznie. Moi drodzy, Michał z tej strony. W paru zdaniach postaram się opisać moje wrażenia oraz przemyślenia z udziału w bardzo trudnym biegu jakim jest 12 – godzinna podziemna sztafeta w Bochni. Pierwszy raz zadeklarowałem chęć wystąpienia w Bochni i jak wiecie, udało się! Tuż po wynikach losowania przystąpiłem do przygotowań. Moja drużyna została wylosowana jako 13-ta. Ten numer odegra jeszcze bardzo ważną rolę podczas biegu, także nie zapomnijcie o nim. Długie wybiegania, kompletacja potrzebnego wyposażenia, to wszystko będąc bardzo podekscytowany całym weekendem, który zbliżał się bardzo szybko. Nie mogłem się doczekać nie tylko biegu, ale także samego pobytu przez prawie 40 godzin ponad 200 metrów pod ziemią. Lecąc samolotem człowiek zdaje sobie sprawę jak wysoko się znajduje, wystarczy popatrzeć przez okienko, lecz zjechać windą dokładnie 212 metrów w głąb ziemi… Byłem ciekaw moich odczuć już tam na dole. Podróż na miejsce przebiegła bardzo sprawnie i już tylko minuty dzielimy mnie oraz moich towarzyszy przed zjazdem w miejsce bez zasięgu, podobno z wifi ale o tym opowiem trochę później. Wsiadamy z torbami do windy i ruszamy w dół. Po dosłownie chwili już jestem w miejscu, którego nie mogłem się tak bardzo doczekać. Pamiętam doskonale swoją pierwszą myśl po wyjściu z windy. „To już? 212 metrów pod ziemią? Niemożliwe” Prędkość z jaką winda dostarczyła nas na dół oraz brak skutków zmiany ciśnienia powodowały, że czułem jakbym znajdował się może 10m pod ziemią a nie 212m. Za to powietrze już było inne, nasycone solą. Zmierzając do miejsca noclegowego obserwowałem wszystko wokół mnie. Dotarliśmy do miejsca gdzie dnia następnego będzie strefa zmian i przed nami ukazały się schody jeszcze niżej. Ku zaskoczeniu moich towarzyszy, zjeżdżalnia obok była nieczynna z przyczyn technicznych, podczas biegu także. W tej chwili nie zdawałem sobie sprawy jak smutna jest to informacja. Przekonałem się o tym dopiero gdy trzeba było zejść a potem wrócić schodami na przerwie między startami. Pakiety startowe odebrane, łóżka wybrane, można zacząć integrację z resztą. Wspomniałem wcześniej o wifi? Faktycznie było, tylko że tak przeciążone, że nie było sensu tracić czasu na połączenie. Zamiast tego warto się skupić na relacjach interpersonalnych oraz na zaplanowanej już od dawna podziemnej partii szachów. Łukasz wygrał – gratulacje!Taki 40 – godzinny pobyt w miejscu odciętym od świata zewnętrznego pozwala się bardzo fajnie zresetować. Przyszła pora na ostatni sen przed biegiem. Rano wstaliśmy odpowiednio wcześnie aby zdążyć zjeść lekkie śniadanko, przygotować się i wszystkie potrzebne rzeczy do biegu. Każdą wolną chwilę wykorzystywałem na rozglądanie się na prawo i lewo podziwiając cały kompleks. Po godzinie 9-tej udaliśmy się do kaplicy św. Kingi na uroczyste otwarcie zawodów i honorowy start. Ten moment także poświęciłem na rozejrzenie się po kaplicy. Osoby startujące jako pierwsze udały się do odpowiednich stref, natomiast ja z resztą do strefy zmian. Wybiła godzina 10 i zaczęła się walka drużynowa oraz osobista, głównie z własnymi słabościami. Przed startem uprzedzano mnie, że w tak trudnym biegu jeszcze nie brałem udziału, więc podszedłem do tego z pokorą oraz chłodną głową. Przyszła pora na moją zmianę. Czas jakiego chciałem się trzymać, to ok. 12min na okrążenie. Jedno kółko pokonałem troszkę szybciej, inne troszkę wolniej. Cały czas będąc w pełni skupiony na pokonywaniu kolejnych metrów. Tuż po zmianie, kierując się do pierwszej nawrotki czuć było chłodne powietrze wtłaczane z zewnątrz, natomiast drugi koniec trasy był bardzo gorący. Dziewięć moich okrążeń przebiegło bez żadnych problemów. Kryzys pojawił się na okrążeniach 10-12 gdzie czasy bardzo niebezpiecznie zbliżały się do prawie 14min na okrążenie. Dodatkowo wtłaczane powietrze zrobiło się jeszcze zimniejsze, ponieważ na powierzchni zapadał już mrok i temperatura szybko spadała. Zdecydowałem założyć dodatkową koszulkę przed kolejnym okrążeniem. Brak zjeżdżalni powodował, że trzeba było pokonać schody w dwie strony co nie pomagało w zbieraniu energii na kolejne okrążenia. Pamiętacie, że „13” ma odegrać jeszcze bardzo ważną rolę? Przyszła pora na moje 13 okrążenie. Po zmianie pobiegłem do pierwszej nawrotki ale znacznie szybciej niż poprzednie okrążenia, zmęczenie nagle zniknęło jakby poprzednie 12 kółek w ogóle nie miały miejsca. Na ok. 30m przed strefą zmian podnoszę rękę aby sędzia poinformował przez mikrofon mojego zmiennika, że za chwilę będę w strefie zmian. Dobrze, że Łukasz wykazał się bardzo dobrym słuchem bo nikt nie spodziewał się, że dotrę do końca tak szybko. Nastąpiła zmiana i zatrzymałem swój zegarek. Czas 11’02. Poprzednie okrążenie zakończyłem z czasem 13’47. Ja byłem w szoku, Łukasz i Grzesiek także a Sławek w tym czasie pokonywał kolejne metry na trasie. Po tym okrążeniu czułem się bardzo dobrze. Pierwsze co zrobił Sławek po swoim okrążeniu, to zapytał się o mój czas lekko nie dowierzając gdy go usłyszał. Po krótkiej przerwie przyszła pora na moje 14 okrążenie. Na trasie biegu mijałem pozostałych zawodnikówjednego po drugim, łącznie osobami walczącymi o podium, widocznie już zmęczonych walką trwającą w tym momencie ponad 10h.  Do strefy zmian wpadam z czasem 10’29… na 14 okrążeniu! Sławek w szoku łapie się za głowę a Łukasz kwituje to dwoma słowami. „Powrót Króla”. Czasami takie dwa słowa potrafią podbudować człowieka i zmotywować do dalszej walki na trasie. Czasu do końca biegu zostało niewiele. Pora na moje ostatnie, 15 okrążenie w tym biegu. Czas 10’45. Trasa przebiegała przez środek kaplicy św. Kingi, więc podczas każdego okrążenia, przebiegając przez kaplicę wykonałem na sobie znak krzyża świętego. Schodząc z trasy czuję ogromną radość, że dałem radę, że nie zawiodłem drużyny, że pokonałem swoje słabości oraz że przetrwałem kryzys okrążeń 10-12. Ostatnie okrążenie tegorocznego biegu pokonał Grzesiek i mogliśmy się oficjalnie cieszyć z poprawionego klubowego rekordu. Zmęczenie po biegu zjawiło się bardzo szybko, więc po długiej kolejce do prysznicy, posiłku i krótkiej integracji, udałem się spać. Dnia następnego obudziłem się dosyć wcześnie i w wyjątkowo dobrej formie fizycznej, więc zdecydowałem, ze wybiorę się na wycieczkę. Przewodnik oprowadził grupkę chętnych po bardzo ciekawych zakamarkach kopalni, opowiedział kilka ciekawych historii. Ja słuchając owych historii znów rozglądałem się na prawo i lewo. Ostatnim punktem w harmonogramie zawodów była ceremonia wręczenia medali oraz nagród dla zwycięzców. Każda drużyna kolejno wchodziła na podium będąc oklaskiwana przez pozostałych. Po zakończeniu przyszła pora udać się do windy i wyjechać na powierzchnię. W sklepiku z pamiątkami zrealizowałem swój kolejny cel kupując lampkę solną do domu, która będzie mi przypominać o tej wyjątkowej imprezie. Już teraz deklaruję chęć wystąpienia w następnym roku i pozostaje mi oraz drużynie liczyć na szczęście w losowaniu. W chwili gdy piszę relację przebywam z przeziębieniem na zwolnieniu lekarskim, gdyż jak to mi powiedziano… „Każdy debiutant musi odchorować swój pierwszy pobyt w Bochni” Potwierdzam i zaznaczam, że warto było!

Pozdrawiam wszystkich.

Michał H.

PS. To naprawdę było 212 metrów pod ziemią?

PPS. Miało być parę zdań a wyszło jak zwykle…

Bochnia 2020 Włodek

 

Po raz pierwszy w bocheńskich podziemiach znalazły się dwie sztafety Ludków. Zaczęło się 12 marca numerami losów 13 i 42, a zakończyło rekordem 150 km 604 m. Nasza drużyna nr 1 pobiegła bardzo dobrze taktycznie i utrzymała równe tempo do końca. Rewelacją był Michał, debiutant w tym bardzo trudnym biegu. Dziękujemy Grzegorzowi i Darkowi za solidne wsparcie naszych ekip. Niestety ja i Zbyszek(a właściwie nasze żołądki) pozbawiliśmy drugi zespół szansy na dobry wynik. Ale z trasy nie zeszliśmy co w pewnej chwili wydawało się nie do uniknięcia.  To „najcieplejszy” mój pobyt w kopalni. Fajnie, że startowało bardzo dużo dziewczyn. Było na co popatrzeć. Dzięki wszystkim Ludkom, które kibicowały przed ekranami laptopów. Czuliśmy Wasze wsparcie. W czasie dziesięciu naszych startów przebiegliśmy ponad 592 okrążenia, czyli 1433km i 733 metry. Najwięcej: Włodek 276 km, Łukasz 256 km, Sławek 238 km i Andrzej 183 km. Powodzenia w następnych startach.

Bieg Tropem Wilczym Myszków 01.03.20

Cztery Ludki wzięły udział w Biegu Tropem wilczym w Myszkowie. Wystartowaliśmy z ul. Granicznej obok Dotyku Jury, potem biegliśmy ulicami 1 Maja, Wyszyńskiego i na koniec 3 Maja z metą obok Domu Kultury. Najszybszym z zielonej ekipy był Zbyszek, potem do mety przybiegali kolejno: Włodek, Janek i Adrian. Zakończenie imprezy miało miejsce w Domu Kultury. Niestety nie wylosowaliśmy żadnej z licznych nagród. Dzięki dla Andrzeja za podwiezienie na miejsce startu.

Gratulacje dla Łukasza i Michała za weekendowe zwycięstwa w Częstochowie i Radomsku. Oby tak było w sobotę w Bochni. Do zobaczenia pod ziemią.

Wilczym Tropem

1 marca w całej Polsce odbywają się biegi Tropem Wilczym. W tym roku Sławek i ja (Michał H.) wybraliśmy się do Radomska. Na starcie trasy o długości 1963m stanęło 250 zawodników. Sławek dobiegł do mety na 15 miejscu z czasem 8'28", natomiast ja z czasem 7'21" wygrałem dzisiejsze zawody. Jest to moja pierwsza wygrana z której bardzo się cieszę, szczególnie, że dokonałem tego właśnie w biegu upamiętniającym Żołnierzy Wyklętych.

Parkrun w Rostrevor

W pogodną sobotę 1 lutego, podczas pobytu w Irlandii Północnej miałem przyjemność startować w lokalnym biegu z cyklu Parkrun w malowniczym Kilbroney Park położonym w górzystym terenie, w małej miejscowości Rostrevor, gdzie większość zwartej zabudowy rozciąga się wzdłuż wybrzeża Zatoki Carlingford.
Przyjemne dla oka krajobrazy w Kilbroney Park są naturalnym środowiskiem dla organizowanego tu od ponad dwóch lat biegu na 5 kilometrów. 1 lutego odbyła się 143. edycja tych zawodów. Będąc na miejscu z przyzwoitym zapasem czasu miałem możliwość zapoznania się z organizatorami biegu i specyfiką trasy. Jak się okazało, tutejszy bieg podzielono na dwa okrążenia po 2,5 kilometra prowadzące szutrowymi ścieżkami. Część trasy przebiegała przez szlak turystyczny Narnia Trail będący lokalną atrakcją turystyczną, gdzie można się natknąć na rozmieszczone pośród drzew figury i minibudowle nawiązujące do znanego cyklu powieści C.S. Lewisa „Opowieści z Narnii” Nawiasem mówiąc, każdy z uczestników dwukrotnie przekraczał progi drzwi do Narnii, co poniekąd dodawało skrzydeł, ale nie za sprawą magii, a dzięki szybkiemu około 200 – metrowemu zbiegowi, który zaczynał się w bliskiej odległości po przebiegnięciu przez owe drzwi.
Tamtego dnia zawody zgromadziły 45 zawodników. W tym gronie byłem jedynym biegaczem spoza Wielkiej Brytanii i jedynym Polakiem. Wystartowaliśmy tuż po 9:30. Początek biegu ułożył się całkiem dobrze, niezbyt forsując tempo ulokowałem się w czołówce stawki. Po pierwszym, co prawda łagodnym, ale długim podbiegu, wraz z jednym z zawodników wypracowaliśmy sporą przewagę nad  peletonem i taki stan rzeczy utrzymywał się również po drugim – znacznie trudniejszym – podbiegu i po wspominanym wcześniej zbiegu, który prowadził na metę pierwszego okrążenia. Na drugim, finałowym okrążeniu podkręciłem tempo i na około 2 kilometry przed końcem dystansu byłem samotnym liderem. W częstochowskim Lasku Aniołowskim na tym etapie biegu wszystkie karty – przysłowiowo mówiąc- zazwyczaj były już rozdane i wydarcie zwycięstwa liderowi z dużą przewagą dystansu było w zasadzie mało realne. Tutaj jednak sytuacja wyglądała zgoła inaczej, a górzysty teren dawał spore możliwości do popisu miłośnikom taktyki i tym, którzy mają w sobie duże pokłady siły biegowej. Po pokonaniu drugiego i ostatniego już podbiegu nie forsowałem tempa, co okazało się zachętą dla ścigającego mnie zawodnika na pozycji numer dwa (który zdołał już wyprzedzić mojego towarzysza z pierwszego okrążenia). Puściłem nogi na zbiegu i o „błysk szprychy” obroniłem pierwsze miejsce z czasem 20’38… Zacięta i trochę nieoczekiwana przeze mnie walka na samej końcówce dała mi sporo satysfakcji, która jeszcze bardziej buduje wartość tego zwycięstwa, choć czas, który uzyskałem jest daleki od rekordu trasy.
W Rostrevor Parkrun dotychczas brało udział dwóch Polaków – łącznie ze mną. Jako pierwszy reprezentant Naszego kraju i Naszego Klubu zapisałem się na listę zwycięzców tego biegu, co jest bardzo budujące, tym bardziej, że ma wymiar symboliczny – wszakże dokonałem tego w ojczyźnie Parkrun’a czyli UK ;)   

Bieg Walentynkowy - 2020

W dziewiątym Biegu Walentynkowym w Dąbrowie Górniczej wystartowały cztery Ludki: Adrian i Janek maszerowali z kijkami, Zbyszek i Włodek biegali. Warunki atmosferyczne najlepsze w historii tego biegu, trasa od kilku lat ta sama. Sukcesów nie odnieśliśmy ani sportowych, ani w losowaniu nagród. Ale atmosfera super, przebrania zawodników fantazyjne. Data zawodów 02.02.2020 szczególna, czytana normalnie i wspak jest taka sama. Dziękujemy naszym przyjaciołom Uli i Darkowi za miłe towarzystwo. Na jubileuszowym biegu na pewno się zameldujemy.

Leśne Ludki wspierają WOŚP

W miniony weekend Ludki wzięły udział w dwóch biegach Policz się z cukrzycą w ramach WOŚP. W sobotę w Poraju, a właściwie w Jastrzębiu, Asia, Adrian i Jarek maszerowali z kijkami ,natomiast Włodek i Zbyszek biegali. Wszyscy pokonali dystans ok. 4.3 km po agrafce wzdłuż zalewu porajskiego. Sukcesów nie odnieśliśmy, ale w biegach charytatywnych takowe nie mają znaczenia. Najważniejszy jest cel, czyli pomoc potrzebującym przy okazji zawodów sportowych. Pechowcem okazał się Adrian, który z powodu silnego bólu nogi z trudem dotarł do mety. Pomoc jednej z zawodniczek okazała się bezcenna. Janek nam kibicował i pracował jako fotoreporter.

W niedzielę w Częstochowie na tradycyjnej trasie (2.3 km) biegali Janek i Włodek. Tym razem kibicowali
Agnieszka, Adrian( fotoreporter), Zbyszek i całe grono naszych przyjaciół. W częstochowskiej edycji wystartowaliśmy po raz ósmy i Ludki są tu obecne co roku od pierwszych zawodów. Przed biegiem nasi reprezentanci udzielili wywiadu słynnej częstochowskiej telewizji Orion.

Charytatywny Bieg Karnawałowy

W niedzielę w miłym towarzystwie Leśnych Ludków postanowiłem zaliczyć pierwszy start w tym roku. Padło na Charytatywny Bieg Karnawałowy zorganizowany w okolicach Olsztyna. Jarek, Asia i ja przeszliśmy z kijami 10 km, Zbyszek i Włodek przebiegli 5 km. Trasa jak zwykle po lesie, ale momentami bardzo śliska. Na szczęście wszyscy dotarliśmy szczęśliwie do mety. Nasze wyniki nie były najgorsze, ale jakiekolwiek podium tym razem nie dla nas. Na podium stanąłem na wieczornej gali Miasta Sportu, gdzie zostałem zaproszony z okazji zajęcia drugiego miejsca w kategorii sprint (cokolwiek to oznacza) w zawodach Ossona Cup. Impreza super zorganizowana. Było to podsumowanie całego sezonu biegowego organizowanego przez  Miasto Sportu, wraz z dekoracjami we wszystkich biegach i kategoriach. Spotkaliśmy też znajomych, między innymi
Kasię i Przemka, również uhonorowanych statuetkami. Po czterogodzinnym pobycie wróciliśmy do domu. Aha, na gali byłem z żoną która mnie namówiła na tą wyprawę, samemu na pewno by mi się nie chciało.

Mikołajkowe bieganie

W sobotę 7 grudnia  wraz w Włodkiem wystartowaliśmy w kolejnej, mikołajkowej edycji Parkrun Las Aniołowski. Na starcie ustawiliśmy się pośród sporego grona mikołajów i wystartowaliśmy. Włodek wybiegał 28’41” natomiast ja 23’11”.  Po biegu spędziliśmy trochę czasu z resztą uczestników przy ognisku a następnie udaliśmy się do miejscowości Garnek aby wystartować w pierwszej edycji charytatywnego biegu po zdrowie. Całość wpisowego zostało przeznaczone na pomoc w leczeniu małej Zuzi. Trasa liczyła równe 5km i została podzielona na dwie pętle po 2,5km. Leśne, bardzo grząskie ścieżki oraz porywisty wiatr nie ułatwiał pokonywania kolejnych metrów. Organizatorzy nie zapewniali pomiaru czasu, więc każdy uczestnik musiał o to zadbać sam. Dotarłem do mety z czasem 22’51”. Włodkowi zegarek wskazał 32’11”. Zadowoleni z dwóch startów jednego dnia, wróciliśmy do domów odpoczywać przed kolejnym startem dnia następnego. Na niedzielę 8 grudnia zaplanowany mieliśmy start w I biegu mikołajkowym organizowanym przez Calypso Galeria Jurajska. W tym dniu dołączyło do nas grono osób w składzie: Łukasz, Sławek oraz zaprzyjaźniony Michał Kozieł. Trasa oficjalnie liczyła 6km, nieoficjalnie mówiło się o 6,6km, natomiast rzeczywistość wskazała 6,4km. Poprowadzona została wewnętrznymi ścieżkami Galerii Jurajskiej oraz ścieżką wzdłuż rzeki Warty. Na starcie ustawiło się 177 osób ale o tym zapewne już wiecie, jeżeli czytaliście relację Adriana ze startu w Katowicach. Jako pierwszy na mecie z naszego grona zameldował się Łukasz z czasem 25’34”. Następnie ja z czasem 28’39”, Sławek 29’00”, Michał Kozieł 32’26” oraz Włodek 37’39”. Po biegu udaliśmy się na zasłużony posiłek i oczekiwaliśmy na wyniki, ponieważ miejsca 6, 16, 26, 36, 46 itd. będą nagradzane mikołajkowymi upominkami. Po dłuższej chwili organizatorzy wywiesili listy z wynikami, z których wynikało, że nikt z nas nie ukończył biegu na miejscu ze „szczęśliwą szóstką”, lecz Włodek ukończył bieg na trzecim miejscu w kategorii wiekowej! Tak wynikało z wywieszonych wyników. Podczas wręczania nagród wywoływane były zupełnie inne osoby, niż wynikało z wywieszonych list. Tym sposobem Włodek został pozbawiony trzeciego miejsca w kategorii. Okazało się, że u jednego z biegaczy pojawił się problem z chipem i początkowo nie został uwzględniony w wynikach. Po wprowadzeniu korekty, los się do nas uśmiechnął, ponieważ Sławek oraz Włodek znaleźli się na szczęśliwych miejscach, za które otrzymali mikołajkowe upominki. Włodkowi od początku pisane było zakończenie weekendu z nagrodą w ręku.
P.S. W sobotę Sławek startował w biegu Parkrun Kraków, który tego dnia bardziej przypominał lodowisko niż standardową trasę.